Niepokojące objawy. Część I – jedzenie.

Często w gabinecie pytamy, czy zauważyliście u swojego kota jakieś niepokojące objawy. Ale równie często okazuje się, że rzeczy, które martwią nas, wcale nie zwracają uwagi Opiekunów, bo kot miał tak “od zawsze”. A przynajmniej na tyle długo, że coś co powinno być odchyleniem od normy, stało się zwyczajne.

Co więc powinno Was niepokoić, nawet jeśli zdarza się “od zawsze”? Rozpoczynamy cykl od najważniejszego, czyli jedzenia.

Kot musi jeść.

Powinno to być wypisane złotymi zgłoskami wszędzie, gdzie mieszkają koty. Co więcej, im bardziej otyły kot, tym bardziej musi jeść. Koty bardzo źle znoszą głodówkę, ich wątroba nie jest w stanie sobie poradzić z brakiem jedzenia. Dochodzi do stłuszczenia wątroby (na które bardziej narażone są koty z nadwagą) i jej niewydolności. Wątroba ma duże zdolności regeneracji i przy szybkiej interwencji lekarskiej proces jest do pewnego stopnia odwracalny, ale generalnie głodowanie u kota szybko staje się zagrożeniem życia. Ludzie i psy są dużo mniej wrażliwi na taką sytuację i chociaż brak apetytu to nic przyjemnego, dzień czy dwa bez jedzenia spokojnie przeżyjemy. Koty już niekoniecznie.

Jeśli więc widzicie, że Wasz kot odmawia jedzenia, szybko zabierzcie go do lekarza. Żeby było trudniej – pamiętajcie, że koty oszukują.

Oszustwo numer 1.

Bardzo często brak apetytu u kota wygląda tak, że kot siedzi nad miską całymi godzinami. Co na niego spojrzymy to coś przeżuwa, tylko no właśnie – przeżuwa, wypluwa, bierze następny kęs, znowu obraca go w pyszczku i jak w końcu się znudzi i odejdzie, to mamy wrażenie że musiał się najeść, a tymczasem kot nic nie przełknął. Takie zaburzenia apetytu często widujemy przy zapaleniu trzustki u kotów, co samo w sobie jest ciężką sytuacją.

Dlatego między innymi dobrym pomysłem są małe wydzielane porcje. Łatwiej nam ocenić, ile kot rzeczywiście zjada. Napełnianie kociej miski po brzegi jest złym pomysłem. Rozgrzebane chrupki wyglądają jakby ich ubyło, a tymczasem kot głoduje.

Oszustwo numer 2.

Starsze koty chorują przewlekle, objawy ciągną się długo – nawet kilka lat. Co charakterystyczne, najczęściej przebiegają falowo – parę dni gorszych, potem parę tygodni lepszych. W ten sposób niepokojące objawy się rozmywają, bo „kot zawsze tak miał”. Do czasu, aż któreś zaostrzenie jest gorsze niż zwykle i kot trafia do lekarza. Tak rzecz się ma z IBD, przewlekłym zapaleniem trzustki, przewlekłą niewydolnością nerek. Tylko że zazwyczaj kot jest już w poważnym stanie i wyniszczony chorobą, która, mimo wysiłków lekarzy, często kończy się śmiercią zwierzęcia.

Oszustwo numer 3.

Żeby było jeszcze ciężej – głodowanie to każda sytuacja, w której organizm nie dostaje tylu kalorii, ile potrzebuje. Może więc być tak, że kot siedzi nad miską i je, i je, i je, ale choroba sprawia, że nigdy nie zje tyle, ile potrzebuje. Tak dzieje się przy nadczynności tarczycy (metabolizm jest tak przyspieszony, że kot szybciej spala kalorie niż je przyswaja) oraz przy cukrzycy (niedobór insuliny powoduje, że kalorie z jedzenia nie są dla kota dostępne).

Tak więc każde zaburzenie apetytu kota powinno zwiększyć Waszą czujność – zazwyczaj wymaga też wizyty w gabinecie.

Kocie imiona

Imiona to strasznie fascynująca rzecz. Często ewoluują i po paru latach zwierzę nazywa się zupełnie inaczej niż początkowo.

sara2.jpg

Sara imię ma hodowlane, ale bardzo do niej pasuje. Kotka wygląda jak inspiracja dla smoka Szczerbatka, za to zachowuje się jak opętana przez szatana – maniakalnie zjada papier toaletowy, biega po ścianach, tarza się na grzbiecie jak ktoś wchodzi do domu i włazi akurat tam, gdzie jej nie wolno – zwykle po to, żeby się tarzać.

 

ruda.jpg

Ruda to Ruda i nie ma tu nic do dodania. Gdyby była człowiekiem to byłaby taką dziwną ciocią, podobną do Cruelli Demon, która jest trochę rodzinną legendą, dzieci się jej boją a dorośli uważają za dziwaczkę. Zamaszysta, zdecydowana, a neurotyczna jak nie wiem co.

 

korki.jpg

Moja mama jak zobaczyła Korkiego, to powiedziała “Przecież on ma oczy jak krokodyl, takie żółte i jeszcze te pionowe źrenice!”. No i miał się nazywać Kroki, ale jakoś to głupio brzmiało, więc od słowa do słowa zmieniliśmy na Korki i się przyjęło.

 

grynia.jpg

Grynia oficjalnie nazywa się Heather na pamiątkę wycieczki do Szkocji. Imię piękne, ale jednak trudne do wymawiania na co dzień, zwłaszcza, że od momentu narodzin kotka była Tygrynią. Moja babcia kiedyś oburzyła się na propozycję, że przyniosę jej kociaka i jako, że niedosłyszała, krzyknęła “Nie chcę tu żadnej Gryni!”.